Byczyna i Jawor

Byczy­na i Jawor mają ze sobą spo­ro wspól­ne­go. Oba mia­stecz­ka znaj­du­ją się na Ślą­sku: Byczy­na na Opolsz­czyź­nie, a wła­ści­wie na gra­ni­cy z Wiel­ko­pol­ską, zale­d­wie kil­ka kilo­me­trów od gra­nicz­nej rze­ki Pro­sny. Nato­miast Jawor znaj­du­je się w środ­ko­wej czę­ści Dol­ne­go Ślą­ska. Oba te mia­stecz­ka są dosyć małe. Byczy­na, to wła­ści­wie wieś – ma ok. 5.000 miesz­kań­ców. Jawor jest czte­ro­krot­nie więk­szy, ale to wciąż małe mia­stecz­ko – ma ok. 20.000 miesz­kań­ców.

W obu tych mia­stecz­kach znaj­du­ją się bar­dzo cie­ka­we zabyt­ko­we obiek­ty, na doda­tek tro­chę zapo­mnia­ne. Byczy­nę odkry­łem kie­dyś przy­pad­kiem, gdy jecha­łem z Wiel­ko­pol­ski w stro­nę Beski­du Ślą­skie­go. Przy dro­dze łączą­cej Kęp­no z Klucz­bor­kiem znaj­du­je się ta nie­po­zor­na miej­sco­wość. W mia­stecz­ku znaj­du­ją się świet­nie zacho­wa­ne śre­dnio­wiecz­ne mury miej­skie – jest to chy­ba zupeł­ny uni­kat na ska­lę euro­pej­ską, ponie­waż nie ma wie­lu miast, gdzie nie­mal w cało­ści zosta­ły zacho­wa­ne ory­gi­nal­ne mury miej­skie. W Byczy­nie tak wła­śnie jest. Rów­nie duże frag­men­ty zacho­wa­nych murów miej­skich widzia­łem tyl­ko w Tal­li­nie. Do tego docho­dzą mury zacho­wa­ne ory­gi­nal­ne wie­że. W środ­ku znaj­du­je się typo­wy śre­dnio­wiecz­ny układ urba­ni­stycz­ny z Ryn­kiem i odcho­dzą­cy­mi od nie­go wrze­cio­no­wa­to uli­ca­mi.

War­te są zoba­cze­nia tak­że ratusz i kościół ewan­ge­lic­ki – jed­nak raczej tyl­ko z zewnątrz. Jed­nak już sam układ urba­ni­stycz­ny jest wart zoba­cze­nia. W mie­ście dowie­dzia­łem się tak­że o bitwie pod Byczy­ną.

Jed­nak poten­cjał mia­stecz­ka nie jest wyko­rzy­sta­ny. Trud­no zna­leźć infor­ma­cje o nim gdzie­kol­wiek, ja dowie­dzia­łem się zupeł­nie przy­pad­ko­wo. Poza tym, pomi­mo tak cie­ka­wych walo­rów histo­rycz­nych i urba­ni­stycz­nych, mia­stecz­ko jest raczej zapusz­czo­ne.

Przy­po­mi­na­ją mi się sło­wa Wła­dy­sła­wa Kościel­nia­ka z „Wędró­wek po moim Kali­szu”, któ­re brzmia­ły mniej wię­cej tak: tury­ści przy­jeż­dża­ją do Kali­sza i na począt­ku są zachwy­ce­ni. Jed­nak po 2 – 3 dniach widzą wię­cej i zmie­nia­ją zda­nie.

Nie­wąt­pli­wie to odno­si się do Byczy­ny, a tak­że do Jawo­ra, o czym za chwi­lę. Jed­nak zauro­cze­nie mija nie po 2 – 3 dniach, ale raczej po ok. 1 godzi­nie. Jak­kol­wiek mia­stecz­ka te są bar­dzo cie­ka­we, to jed­nak spra­wia­ją wra­że­nie zanie­dba­nych i nie­upo­rząd­ko­wa­nych.

Jawor stał się sław­ny na cały świat dzię­ki Kościo­ło­wi Poko­ju (dru­gi znaj­du­je się w Świd­ni­cy), wpi­sa­ne­mu na listę dzie­dzic­twa UNESCO. Jest to ponad 300-let­ni drew­nia­ny kościół pro­te­stanc­ki. Oto­czo­ny pięk­nym par­kiem, powsta­łym na miej­scu daw­ne­go cmen­ta­rza.

Kościół Poko­ju nie znaj­du­je się bez­po­śred­nio na „sta­rów­ce”, co wyni­ka­ło z usta­leń poczy­nio­nych w trak­cie poko­ju west­fal­skie­go koń­czą­ce­go woj­nę trzy­dzie­sto­let­nią. Z zało­że­nia kościół pro­te­stanc­ki miał się znaj­do­wać poza ówcze­snym mia­stem. Ale dzi­siaj jest atrak­cją i tak, ponie­waż jest wspa­nia­łym zabyt­kiem, świa­dec­twem histo­rii Ślą­ska. Wra­że­nie rów­nież robi fakt, że jest w cało­ści drew­nia­ny, a pomie­ścić może i tak ok. 6.000 osób.

Dal­sza część Jawo­ra nie robi już takie­go pozy­tyw­ne­go wra­że­nia. Jawor­ska „sta­rów­ka” podob­na jest do kali­skiej, tzn. jest rów­nie zapusz­czo­na, cho­ciaż jest mniej­sza (samo mia­sto też jest o wie­le mniej­sze). Na Ryn­ku znaj­du­je się bar­dzo ład­ny ratusz, nie­pro­por­cjo­nal­nie duży jak na tak małe mia­sto. Na obrze­żach sta­rów­ki znaj­du­ją się tak­że nie­re­mon­to­wa­ne, sypią­ce się kamie­ni­ce, a pomię­dzy nimi śmie­ci i samo­cho­dy. Pozy­tyw­nie na tym tle odci­na się wize­ru­nek Sądu Rejo­no­we­go.

Naj­gor­sze wra­że­nie jed­nak spra­wia zamek, a wła­ści­wie jego ruiny, gdyż jest zde­wa­sto­wa­ny a okna są zabi­te dyk­tą. Z oko­lic zam­ku roz­po­ście­ra się ład­ny widok na oko­li­cę, ale nie­ste­ty nie mogłem obej­rzeć go w peł­ni, ponie­waż wie­ża wido­ko­wa aku­rat była zamknię­ta.

Tak więc i Byczy­nę, i Jawor, a w pew­nym stop­niu rów­nież Kalisz, łączy to, że są to ośrod­ki, któ­re mają coś cie­ka­we­go do zaofe­ro­wa­nia, ale nie potra­fią tego wyko­rzy­stać. Do tego są zanie­dba­ne. Nie­mniej jed­nak i Jawor, i Byczy­nę, war­to zoba­czyć.

Ściana tekstu

Tho­mas Bern­hard „Kal­kwerk”

W cią­gu ostat­nie­go cza­su, za spra­wą arty­ku­łu na temat Tho­ma­sa Bern­har­da, któ­ry uka­zał się w „Poli­ty­ce”, zazna­jo­mi­łem się odro­bi­nę z twór­czo­ścią tego austriac­kie­go pisa­rza. Dotych­czas prze­czy­ta­łem dwie jego książ­ki „Chłód” oraz „Kal­kwerk”. Na pierw­szy rzut oka trud­no powie­dzieć, czy jest to lite­ra­tu­ra cięż­ka czy lek­ka. Raczej nie jest dla każ­de­go. Ksią­żecz­ki same w sobie są bar­dzo cien­kie (te, któ­re prze­czy­ta­łem do tej pory). Ale jak już się jakąś otwo­rzy, to w środ­ku cze­ka na nas dosłow­nie ścia­na tek­stu. Autor nia bawi się w dia­lo­gi, w aka­pi­ty, w krót­kie zda­nia. Zda­nia na jed­ną stro­nę są tutaj nor­mą. Wyda­wa­ło­by się, że tego typu lite­ra­tu­ra to prze­pis na odstrę­cze­nie czy­tel­ni­ka. Oka­zu­je się, jed­nak, że pomi­mo bra­ku dia­lo­gów, książ­ki da się czy­tać, a nawet są dosyć cie­ka­we. Pomi­mo tego, że jest to lity tekst, wia­do­mo o co cho­dzi i da się pójść za nar­ra­cją. Mówiąc krót­ko, czy­tel­nik nie jest zagu­bio­ny.

Chłód” to chy­ba coś w rodza­ju książ­ki auto­bio­gra­ficz­nej (cho­ciaż trud­no powie­dzieć, nie wiem, czy nie jest to część jakiejś więk­szej cało­ści, ale tyl­ko ten jeden tom uda­ło mi się wyrwać w biblio­te­ce). Są to prze­my­śle­nia chło­pa­ka zamknię­te­go w „sana­to­rium” dla cho­rych na gruź­li­cę. Cie­ka­wy jest obraz powo­jen­nej Austrii.

Nato­miast „Kal­kwerk” to nazwa mająt­ku ziem­skie­go, w któ­rym żyje „Kon­ra­do­stwo” – książ­ka jest o tym, jak mąć zabił swo­ją żonę, i dla­cze­go.

Feno­men Bern­har­da” (Poli­ty­ka)

Kraków czarno-biały

Kra­ków już mnie tro­chę nudzi. Nie­mniej jed­nak jest wdzięcz­nym obiek­tem do foto­gra­fo­wa­nia. Latem (nawet wcze­snym), gdy bar­dzo moc­no pie­cze słoń­ce, lep­sze są zdję­cia czar­no-bia­łe. Wte­dy moż­na mniej się sku­pić na ośle­pia­ją­cych kolo­rach, a bar­dziej na samej tre­ści zdjęć. Zawsze bar­dzo lubi­łem foto­gra­fie miast, ale raczej w cudzym wyko­na­niu. Myślę jed­nak, że te zdję­cia są cał­kiem uda­ne.

Zobacz tak­że:
Kra­ków latem
Kra­ków czar­no-bia­ły
Kra­ków w desz­czu (Kra­ków tro­chę inny; to lubię naj­bar­dziej)

Kotłów

Cza­sa­mi bli­sko nas znaj­du­ją się róż­ne cie­ka­we miej­sca, trze­ba tyl­ko się ruszyć. Nie jest więc praw­dą, że aby zoba­czyć coś cie­ka­we­go czy inte­re­su­ją­ce­go, trze­ba jechać gdzieś dale­ko lub nawet zagra­ni­cę.

Oko­ło 30 km od Kali­sza znaj­du­je się Kotłów, w któ­rym są dwa cie­ka­we kościo­ły: kościół romań­ski się­ga­ją­cy korze­nia­mi XII wie­ku oraz współ­cze­sny kościół pol­sko­ka­to­lic­ki. Kotłów leży bar­dzo bli­sko Mik­sta­tu, któ­ry jest też bar­dzo uro­kli­wym mia­stecz­kiem.

Dolina i Łąki

Kon­ty­nu­ując wątek bocz­nych dróg, od dwóch lat na począt­ku maja zawsze jeż­dżę na łąki ota­cza­ją­ce Barycz. Rze­ka Barycz powsta­je na tere­nie bifur­ka­cji Bary­czy, na połu­dnie od Kali­sza i Ostro­wa Wiel­ko­pol­skie­go. Spa­dek tere­nu jest tam tak nie­wiel­ki, że jed­ne cie­ki wod­ne pły­ną na wschód, inne na zachód. Barycz pły­nie na zachód, w kie­run­ku Odry. Jed­nak na tym samym tere­nie ma swo­je źró­dła też rze­ka Oło­bok, któ­ra pły­nie na wschód i wpa­da do Pro­sny. Barycz prze­pły­wa przez Przy­go­dzi­ce; tam powsta­ły sta­wy, któ­re były na zdję­ciach poprzed­nio. Kawa­łek dalej na zachód roz­po­ście­ra­ją się łąki. Teo­re­tycz­nie te tere­ny powin­ny być moc­no pod­mo­kłe, ponie­waż cechą cha­rak­te­ry­stycz­ną Bary­czy jest jej nie­wiel­ki spa­dek i bagna – któ­re przy­naj­mniej w teo­rii – powin­ny tę rze­kę ota­czać. Nie­ste­ty na sku­tek suszy jest ich coraz mniej.

Krajobraz bocznych dróg

Tytuł tego wpi­su to nawią­za­nie do książ­ki „Haj­stry” Ada­ma Robiń­skie­go. Muszę się przy­znać, że całej nie prze­czy­ta­łem, ale i tak zaim­po­no­wa­ła mi chęć auto­ra do samot­nych wypraw przez nie­raz cie­ka­we, nie­raz mono­ton­ne, ale przede wszyst­kim – raczej puste – kra­jo­bra­zy.

U nas też takie kra­jo­bra­zy da się zna­leźć, cho­ciaż to nie takie pro­ste. Nato­miast, gdy robi się zdję­cie, to zawsze moż­na je odpo­wied­nio wyka­dro­wać.

Od dwóch lat jeż­dżę wcze­sną wio­sną do Przy­go­dzic, aby oglą­dać sta­wy ryb­ne. Są napraw­dę impo­nu­ją­ce. W tym roku pra­wie nie było pta­ków. Może jesz­cze za wcze­śnie? Za to śmie­ci wszę­dzie peł­no.

Jeszcze kilka zdjęć

Popołudnie w Sandomierzu

Sko­ro zna­la­złem się już we wschod­niej czę­ści nasze­go kra­ju, grze­chem było­by nie zaj­rzeć do San­do­mie­rza. Po dro­dze wstą­pi­łem tak­że do Bara­no­wa San­do­mier­skie­go (woj. pod­kar­pac­kie), gdzie znaj­du­je się uro­kli­wy zamek, nie bez powo­du nazy­wa­ny „małym Wawe­lem” (szko­da tyl­ko, że wypo­sa­że­nie, choć sty­li­zo­wa­ne – jest gene­ral­nie współ­cze­sne).

San­do­mierz jest w sam raz na jed­no popo­łu­dnie. Myśląc o tym mie­ście od razu każ­dy koja­rzy je z „Ojcem Mate­uszem”. Wyda­je mi się jed­nak, że serial nie do koń­ca odda­je cha­rak­ter tego mia­sta. San­do­mierz jest rze­czy­wi­ście małym mia­stacz­kiem (ok. 20 tys. miesz­kań­ców – tro­chę więk­szy od Ple­sze­wa w woj. wiel­ko­pol­skim). Nie jest to jed­nak wieś. Powiem wię­cej, San­do­mierz wraz ze swo­imi dosyć roz­le­gły­mi przed­mie­ścia­mi, spra­wia wra­że­nie mia­sta znacz­nie więk­sze­go, niż jest w rze­czy­wi­sto­ści. W fil­mie mia­sto zosta­ło przed­sta­wio­ne jako taka „duża wio­cha”, cho­ciaż to nie jest praw­da. Nato­miast wygląd sta­rów­ki, jej usy­tu­owa­nie, mno­gość zabyt­ków, wska­zu­ją na to, że w prze­szło­ści był to waż­ny punkt na mapie.

San­do­mier­ska sta­rów­ka jest poło­żo­na na wzgó­rzu, tak więc wszyst­kie dro­gi do niej pro­wa­dzą pod górę. Naj­waż­niej­szym jej ele­men­tem jest kate­dra san­do­mier­ska – pięk­na i strasz­na jed­no­cze­śnie (ze wzglę­du na maka­brycz­ne obra­zy, któ­re znaj­du­ją się w środ­ku). Jest tam obo­wiąz­ko­wo śre­dnio­wiecz­ny układ urba­ni­stycz­ny. Rów­nie dobrze San­do­mierz wyglą­da nocą.

Nie­opo­dal San­do­mie­rza znaj­du­ją się ruiny Zam­ku Krzyż­to­pór – napraw­dę nie­sa­mo­wi­te.

Beskid Niski

Dzi­siaj ostat­ni dzień jestem w Beski­dzie Niskim. Tro­chę szko­da, bo jest tu napraw­dę malow­ni­czo, a poza tym mam wra­że­nie, że te góry są tro­chę inne, niż pozo­sta­łe pasma gór­skie.

W zasa­dzie zwie­dzi­łem tyl­ko frag­ment zachod­niej czę­ści Beski­du Niskie­go, co wyni­ka z tego, że bazę wypa­do­wą mia­łem w Mała­sto­wie – wsi w gmi­nie Sęko­wa – na zachód od Magur­skie­go Par­ku Naro­do­we­go. W tych górach chy­ba nawet naj­cie­kaw­sze nie są same góry, któ­re są nie­zbyt wyso­kie, a podej­ścia na nie nie aż takie ostre, ale raczej obec­ne na każ­dym kro­ku śla­dy po prze­szło­ści i ludziach, któ­rzy żyli tam kie­dyś.

W Beskid Niski

Dzi­siaj roz­po­czą­łem dru­gi etap swo­jej wyciecz­ki: doje­cha­łem do jej wła­ści­we­go celu, czy­li w Beskid Niski.

Za Beskiem Niskim zaczą­łem wzdy­chać już osiem lat temu, tj. w cza­sie wyjaz­du w Biesz­cza­dy. Beskid Niski, dzię­ki swo­jej pokręt­nej histo­rii, ma opi­nię jesz­cze bar­dziej tajem­ni­cze­go i nie­przy­stęp­ne­go, niż Biesz­cza­dy. Coś w tym jest, cho­ciaż z dru­giej stro­ny, samo­cho­dem wszę­dzie moż­na w mia­rę łatwo doje­chać, cho­ciaż tro­chę to trwa. Nie­trud­no się domy­ślić, że taka maso­wa komu­ni­ka­cja ma swo­je dobre i złe stro­ny. Bez samo­cho­dów, miesz­kań­cy takich regio­nów, jak Beskid Niski, byli­by odcię­ci od świa­ta. Z dru­giej stro­ny, samo­cho­dy psu­ją natu­ra­le walo­ry takich miejsc (jak z resz­tą każ­dych innych też, o czym za chwi­lę).

Z Zawoi w oko­li­ce Gor­lic, gdzie się zatrzy­ma­łem, jest ok. 150 kilo­me­trów. Niby nie jest to dużo, ale poko­na­nie tej dro­gi zaję­ło mi ponad pół dnia. Przede wszyst­kim zatrzy­ma­łem się po dro­dze w dwóch miej­scach: w skan­se­nie kolei w Cha­bów­ce oraz w Nowym Sączu. Po dru­gie, dro­gi na Pod­ha­lu są nie­na­dzwy­czaj­ne. Nie cho­dzi mi o to, że są dziu­ry w asfal­cie – bo ich nie ma, dro­gi kra­jo­we spra­wia­ją wra­że­nie, jak­by były po remon­cie albo w trak­cie remon­tu. Pro­blem jed­nak pole­ga na tym (i ten pro­blem doty­czy chy­ba więk­szo­ści dróg kra­jo­wych w Pol­sce, cho­ciaż z róż­nym natę­że­niem), że Pod­ha­le jest jed­ną wiel­ką, roz­cią­gnię­tą wio­chą, z cha­otycz­ną zabu­do­wą, co powo­du­je, że dro­ga kra­jo­wa to pra­wie cią­gle teren zabu­do­wa­ny. Nawet na dro­dze kra­jo­wej nie­wie­le jest frag­men­tów gdzie da się jechać z pręd­ko­ścią powy­żej 80 km/h (i to nie tyl­ko ze wzglę­du na ogra­ni­cze­nia pręd­ko­ści, ale tak­że ze wzglę­du na ukształ­to­wa­nie tere­nu). Do tego docho­dzą zakrę­ty, ser­pen­ty­ny, gór­ki, most­ki itp. W dodat­ku dzi­siaj przez więk­szą część mojej dro­gi lał deszcz.

Nowy Sącz jest ład­nym mia­stecz­kiem; w dodat­ku, jak się dowie­dzia­łem, jest trze­cim naj­więk­szym mia­stem w Mało­pol­sce. Dość powie­dzieć, że jest sie­dzi­bą sądu okrę­go­we­go 🙂 Nie­ste­ty tra­wi to mia­stecz­ko taka sama cho­ro­ba, jak podob­ne jemu mie­ści­ny (w tym Kalisz) – a mia­no­wi­cie ruch samo­cho­do­wy poże­ra­ją­cy to mia­sto jak nowo­twór. Dzi­siaj był sobo­ta, a kor­ki nie­sa­mo­wi­te; sytu­ację pogar­sza remont jakie­goś mostu. W dodat­ku dro­gi w mie­ście raczej śred­nie. Spraw­dzi­łem, że komu­ni­ka­cja miej­ska jest tak samo bez­na­dziej­na jak w Kali­szu, tj. jeden auto­bus raz na godzi­nę. Kolej­ki samo­cho­dów prze­ci­na­ją­ce mia­sto znacz­nie odbie­ra­ją mu urok. Przed Nowym Sączem znaj­du­je się jesz­cze jeden dziw natu­ry, a mia­no­wi­cie Lima­no­wa. To zapew­ne było­by uro­kli­we gór­skie mia­stecz­ko, gdy­by nie to, że dro­ga kra­jo­wa prze­cho­dzi przez rynek (!). Jed­nak jest to pro­blem, któ­ry doty­czy wie­lu miast w Mało­pol­sce i jesz­cze więk­szej ilo­ści w Pol­sce. Wyda­je mi się, że już rok temu o tym pisa­łem przy oka­zji wspo­mnień z Andry­cho­wa i Kal­wa­rii Zebrzy­dow­skiej. Roz­wią­za­nia nie widać.

U stóp Babiej Góry

Dzi­siaj mija mój trze­ci dzień w Zawoi. Zawo­ja jest poło­żo­na u stóp Babiej Góry, któ­ra jest naj­wyż­szym szczy­tem Beski­du Żywic­kie­go. Moż­na powie­dzieć, że jest to wstęp do Tatr. Ja miesz­kam rze­czy­wi­ście u stóp tej Góry, ponie­waż z miej­sca, gdzie piszę, od wej­ścia do Babio­gór­skie­go Par­ku Naro­do­we­go dzie­li mnie tyl­ko ok. 1000 metrów.

Sama Zawo­ja nie ma wła­ści­wie żad­nych atrak­cji, nato­miast wszyst­ko rekom­pen­su­ją góry. Rzecz jasna nie ma tu takich fajer­wer­ków jak w Tatrach, więk­szość gór pokry­ta jest gęstym lasem, ale i tak mają swo­je zale­ty – przede wszyst­kim nie ma tutaj tłu­mów. Wczo­raj wdra­pa­łem się na Babią Górę i ku moje­mu duże­mu zasko­cze­niu, gdy przy­je­cha­łem na par­king na Prze­łę­czy Kro­wiar­ki było już bar­dzo wie­le samo­cho­dów. Przy­je­cha­łem wcze­śnie, bo już po 7 rano i pamię­tam, że rok temu o tej porze nie było tam niko­go. Wczo­raj było ina­czej. W dodat­ku, wcho­dząc na Soko­li­cę (czy­li pierw­szy etap podej­ścia na masyw Babiej Góry), nie spo­tka­łem pra­wie niko­go wcho­dzą­ce­go na Górę, ale za to tłu­my ludzi z niej scho­dzi­ły. Jak się oka­za­ło, nie­któ­rzy przy­jeż­dża­ją w nocy, aby zoba­czyć „wschód słoń­ca na Babiej Górze”; jed­nak nie dla mnie wsta­wa­nie o 2 w nocy.

Dzi­siaj nato­miast mam dzień pra­wie wol­ny, ale nie bez­czyn­ny. Zro­bi­łem kil­ku­ki­lo­me­tro­wą pętlę po wsi (zaha­cza­jąc przy tym o las), a potem ze wzglę­du na bolą­ce nogi, wró­ci­łem. Jed­nak zamiast wcho­dzić na górę zafun­do­wa­łem sobie za to wjazd kolej­ką lino­wą na Mosor­ny Groń – bar­dzo cie­ka­we doświad­cze­nie.

Jutro kolej­ny przy­sta­nek – czas na Beskid Niski.

Powrót po dłuższej przerwie

Dzi­siaj reak­ty­wo­wa­łem, a wła­ści­wie powi­nie­nem napi­sać «reani­mo­wa­łem» moją stro­nę. To dla­te­go, że od pew­ne­go cza­su mia­łem pro­ble­my tech­nicz­ne i nie za bar­dzo wie­dzia­łem, co z nimi zro­bić. Nie­mniej jed­nak wyda­je się, że teraz będzie lepiej, cho­ciaż pew­ne ele­men­ty mogą nie dzia­łać.

Oczy­wi­ście nie ozna­cza to, że teraz rzu­cę się w wir pisa­nia nowych postów, bo po pro­stu nie mam na to cza­su. Ale na nowe zdję­cia zawsze moż­na liczyć 🙂